YayBlogger.com
BLOGGER TEMPLATES

niedziela, 4 października 2015

4 październik

Muzyka: 


Mam pewną "przypadłość", o której prawdopodobnie nikt nie wie.
Prawdopodobnie, bo możne kiedyś coś napomknieniom, ale nigdy raczej się nie wylewałam na ten temat.
Moje życie dzieli się na dni.
Dni muzyki popularnej, znanej wszystkim, takiej gdzie główną rolę zazwyczaj odgrywa wokalista. I jeżeli piosenki te mają smutne teksty, smutne melodie zazwyczaj mam jeden ze swoich "smutnych dni", ale zmienić go na szczęśliwy jest tak łatwo, jak zmienić kilka slow w piosence żeby nie była tak smutna.
Są też te dni kiedy słucham piosenek które coś mi przypominają, wtedy cała oddaję się wspomnieniom.
Ale jak już wspomniałam nie jest mi trudno wtedy zmienić nastrój na inne piosenki.
I oczywiście są te dni kiedy mam nastrój na typowo wesołe i imprezowe piosenki, kiedy tylko chce mi się  do nich tańczyć, ale każda poszczególna piosenka coś dla mnie znaczy, coś mówi. Ni jest tylko melodią i słowami, jest częścią czyjejś duszy.
No i oczywiście mam tez dni kiedy Słucham typowych instrumentalistów. Zero słów, sama melodia, same nuty.
I wtedy trudniej o zmianę mojego nastroju.
To trochę jakby ktoś chciał sobie pierdolnąć (przepraszam za wyrażenie) słowa do Preludiom Chopina.
A to, że nie ma słów, zazwyczaj symbolizuje o mojej małej chęci do rozmowy. Wtedy gdzieś błądzę sobie po swoim świecie, analizując wszystko w nieskończoność, i bardzo rzadko kiedy towarzyszą mi przy tym pozytywne emocje. Szczerze mówiąc to prawie nigdy.
Wkrada się w moje serce moja melancholijna natura.
Taka jestem. Uwielbiam smutne dni, kiedy słyszę jak pada deszcz i moje myśli mogą w nieskończoność krążyć po mojej głowie.
Ale nadal jest szansa na "zmianę"  mojego humoru w tym dniu. Ale jest to na równi trudne co dopisanie słów do piosenki, która była tak stworzona, ażeby te słowa się w niej nie znajdowały.
I są też te ciche dni. Zazwyczaj wygląda to tak ze nie mam ochoty wychodzić z łóżka. Kiedy wszystkie problemy mnie przytłaczają i czuje się całkowicie pusta.
Nie ma muzyki, nie odczuwam nadziei.
W tedy jest beznadziejnie.
Jest to czas kiedy mam ochotę zakopać się pod stosem pościeli, i zostać tam  na zawsze. Zaciągam żaluzję w moim pokoju i patrze w nic. Kompletnie nic.
I wtedy następują myśli o sensie mojego istnienia, a raczej o jego braku.
Czasami nasuwają się marzenia o nienarodzeniu się.
Nie chodzi o samobójstwo.
Chodzi o to, ze zamiast mojego życia, mogłoby żyć jakieś nienarodzone dziecko, które wykorzystało by tak wielką szansę jak życie lepiej niż ja.
I tym przypadku, taki dzień trzeba po prostu przetrwać.
Brzmi tak banalnie, a jednak jest to cholernie trudna rzecz.
I szanse na jakiekolwiek polepszenie się są idiotycznie małe.
Znów porównam to do muzyki.
Zmienić piosenkę ze smutnym tekstem na wesoły nie jest jakoś specjalnie trudne.
Zamienic typowo instrumentalny utwór na taki wokalno-instrumentalny jest trudniej, ale nadal jest to wykonalne.
A teraz wyobraźmy sobie pusty pokój, całkiem pusty, bez nikogo i niczego. Albo nawet nie pokój, Nicość. Całkowitą nicość.
I niech z tej nicości powstanie muzyka.
Nie ma nikogo, ani niczego, kto mógłby to zrobić.
Nicość jest pozostawiona sama sobie.
Czasami trwa to krócej lub dłużej, niekoniecznie cały dzień. Ale nawet chwila w takiej pustce jest straszna.
Oczywiście, logiczne jest to, że staram się to zwalczać.
Ale nie jest to najprostsze.
Taka jest część mojej duszy.
Ona żyje osobno, w nicości, pustce i smutku.
Pytanie, czy kiedyś uda mi się ten rozprzestrzeniający chwast wyplewić z mojego życia.
I will love you forever and always
Goddes



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz