YayBlogger.com
BLOGGER TEMPLATES

sobota, 24 października 2015

24 październik

To dołujące, jak bardzo musieli być napici i zdesperowani faceci, z którymi flirtowałam.
O ile można to uznać to z mojej strony flirtem.
O i A stwierdziły ze one widząc na półmetku swoich crushów z dziewczynami się dołowały, a ja podczas tego ze mój crush siedzi w Szkocji już wyrwałam czterech kolesi.
Taaa.. Z czego jeden z nich jest dwa lata młodszy ode mnie i mamy całkiem inne spojrzenie na problemy w naszym życiu. Dla niego zmartwieniem jest sprawdzian gimnazjalny.. a mnie to nie dotyczy już od dwóch lat.. no i jeszcze jeden był tak napity, że nawet nie krepował się powiedzieć "patrze ci w cycki", to że mu odpowiedziałam że nie przeszkadza mi to bo rozumiem potrzeby facetów nie zmienia faktu ze był zalany. No i nie nie okłamujmy się, nie była ani trochę był przystojny ani czarujący.. 
Kolejny wziął mnie na parkiet.. i tańczyło nam się całkiem spoko. Ale był, tak samo jak inni, strasznie pijany.
Czwarty podobnie.
Sytuacja kiedy "zarywają" co mnie faceci, albo jacyś szalenie dziwni albo pijani, ewentualnie młodszy i tylko i wyłącznie tacy faceci jest beznadziejna.
I kiedy powinno mi wzrosnąć mniemanie o sobie, bo w końcu oni tańczyli ze MNĄ i nie ze śliczną J albo O, czy też niesamowitą A, to jednak przygnębia mnie to że to było tylko pod wpływem.
Pytanie jest takie.. byli na tyle pijani ze wyglądałam im na łatwą czy możne byli tak pijani, że już im się zamazywał obraz, ledwo widzieli otoczenie, w tym mnie, i przez to że z nimi gadałam i nie odpychałam ich jakoś specjalnie, zechciało im się cokolwiek "robić"
No ewentualnie to może być tez ta sukienka.. a chciałam ubrać trochę dłuższa, jednak zdecydowałam się na tą koronkową..
Damn'
Co poradzić skoro nie jest się takim ślicznym jak Majo albo jak moje przyjaciółki czy jak moja psiaps.
Co do psiaps..
Wczoraj gadałam ze Ś.
I był lekko wstawiony, Wiec zapytałam go i poprosiłam o całkowitą szczerość. Taką stu procentową. I zadałam pytanie.
Standardowe.
Kto jest ładniejszy z twarzy. Ja czy Psiaps.
I potwierdziło się to co mówię od dawna.
Nie powiedział wprost, że ona.
Stwierdził, że jest śliczna, a ja dopowiedziałam resztę i się zgodził.
Nie będę okłamywać. Poniekąd zrobiło mi się niesamowicie smutno, ale też się i ucieszyłam. Przynajmniej jest szczery jak go poproszę. I nie spodziewałam się ze powie "ty". Bo widzę siebie w lustrze i widzę też ją. Ona ma niesamowite geny , a ja niekoniecznie. I to nie to, że narzekam. Ona jest śliczna, ale ja umiem matmę.. i powiedzmy, że dostałyśmy po równo. Tylko ja jako głupi człowiek zawsze mam ten jeden procent nadziei, że może jednak to choć raz ja będę w czymś od kogoś lepsza.
Taka jestem i nie umie sobie z tym poradzić.
Tak wyglądało moje uczucie do Orzeła przez tyle czasu. Zdawała  sobie sprawę, że nie będziemy razem. Nie było szans na to. Ale nadzieja we mnie kwitła. I ja tak bardzo zawsze chciałam, żeby ona była prawdziwa.
I tym razem jest tak samo.
Ja chciałabym być tą śliczniejszą, tą z lepszą figurą, ale nie jestem, bo nie pracują aż tak nad tym.
Chciałabym być tą najważniejszą dla kogoś osobą. Nie taką na 2 miejscu. Nawet jeżeli ktoś lubi bardziej swojego pupila ode mnie (co jest logiczne bo pupil=rodzina) jest mi smutno. Staram się być dla wszystkie dobra, ale nie mam szans osiągnąć ideału. Nie umiem cieszyć byciem się tą w pierwszej dziesiątce. Ja chciałabym być tą pierwszą.
I nie umiem sobie z tym poradzić. I zdaję sobie z tego sprawę.
A moja kwitnąca nadzieja nie pomaga w radzeniu sobie z tym.
Ale życie jest krótkie. Trzeba się starać pomóc światu nie sobie.
Nie można być egoistycznym.
Bo to jest po prostu..
Niefajne.
Nie wiem jak to inaczej ująć.
Niefajne to dobre słowo.
Co z tego, że nie poprawne.
Mało co w codziennym życiu jest w 100% poprawne.
With love 
Goddess


niedziela, 4 października 2015

4 październik

Muzyka: 


Mam pewną "przypadłość", o której prawdopodobnie nikt nie wie.
Prawdopodobnie, bo możne kiedyś coś napomknieniom, ale nigdy raczej się nie wylewałam na ten temat.
Moje życie dzieli się na dni.
Dni muzyki popularnej, znanej wszystkim, takiej gdzie główną rolę zazwyczaj odgrywa wokalista. I jeżeli piosenki te mają smutne teksty, smutne melodie zazwyczaj mam jeden ze swoich "smutnych dni", ale zmienić go na szczęśliwy jest tak łatwo, jak zmienić kilka slow w piosence żeby nie była tak smutna.
Są też te dni kiedy słucham piosenek które coś mi przypominają, wtedy cała oddaję się wspomnieniom.
Ale jak już wspomniałam nie jest mi trudno wtedy zmienić nastrój na inne piosenki.
I oczywiście są te dni kiedy mam nastrój na typowo wesołe i imprezowe piosenki, kiedy tylko chce mi się  do nich tańczyć, ale każda poszczególna piosenka coś dla mnie znaczy, coś mówi. Ni jest tylko melodią i słowami, jest częścią czyjejś duszy.
No i oczywiście mam tez dni kiedy Słucham typowych instrumentalistów. Zero słów, sama melodia, same nuty.
I wtedy trudniej o zmianę mojego nastroju.
To trochę jakby ktoś chciał sobie pierdolnąć (przepraszam za wyrażenie) słowa do Preludiom Chopina.
A to, że nie ma słów, zazwyczaj symbolizuje o mojej małej chęci do rozmowy. Wtedy gdzieś błądzę sobie po swoim świecie, analizując wszystko w nieskończoność, i bardzo rzadko kiedy towarzyszą mi przy tym pozytywne emocje. Szczerze mówiąc to prawie nigdy.
Wkrada się w moje serce moja melancholijna natura.
Taka jestem. Uwielbiam smutne dni, kiedy słyszę jak pada deszcz i moje myśli mogą w nieskończoność krążyć po mojej głowie.
Ale nadal jest szansa na "zmianę"  mojego humoru w tym dniu. Ale jest to na równi trudne co dopisanie słów do piosenki, która była tak stworzona, ażeby te słowa się w niej nie znajdowały.
I są też te ciche dni. Zazwyczaj wygląda to tak ze nie mam ochoty wychodzić z łóżka. Kiedy wszystkie problemy mnie przytłaczają i czuje się całkowicie pusta.
Nie ma muzyki, nie odczuwam nadziei.
W tedy jest beznadziejnie.
Jest to czas kiedy mam ochotę zakopać się pod stosem pościeli, i zostać tam  na zawsze. Zaciągam żaluzję w moim pokoju i patrze w nic. Kompletnie nic.
I wtedy następują myśli o sensie mojego istnienia, a raczej o jego braku.
Czasami nasuwają się marzenia o nienarodzeniu się.
Nie chodzi o samobójstwo.
Chodzi o to, ze zamiast mojego życia, mogłoby żyć jakieś nienarodzone dziecko, które wykorzystało by tak wielką szansę jak życie lepiej niż ja.
I tym przypadku, taki dzień trzeba po prostu przetrwać.
Brzmi tak banalnie, a jednak jest to cholernie trudna rzecz.
I szanse na jakiekolwiek polepszenie się są idiotycznie małe.
Znów porównam to do muzyki.
Zmienić piosenkę ze smutnym tekstem na wesoły nie jest jakoś specjalnie trudne.
Zamienic typowo instrumentalny utwór na taki wokalno-instrumentalny jest trudniej, ale nadal jest to wykonalne.
A teraz wyobraźmy sobie pusty pokój, całkiem pusty, bez nikogo i niczego. Albo nawet nie pokój, Nicość. Całkowitą nicość.
I niech z tej nicości powstanie muzyka.
Nie ma nikogo, ani niczego, kto mógłby to zrobić.
Nicość jest pozostawiona sama sobie.
Czasami trwa to krócej lub dłużej, niekoniecznie cały dzień. Ale nawet chwila w takiej pustce jest straszna.
Oczywiście, logiczne jest to, że staram się to zwalczać.
Ale nie jest to najprostsze.
Taka jest część mojej duszy.
Ona żyje osobno, w nicości, pustce i smutku.
Pytanie, czy kiedyś uda mi się ten rozprzestrzeniający chwast wyplewić z mojego życia.
I will love you forever and always
Goddes



czwartek, 24 września 2015

24 wrzesień

Panicznie boję się miłości.
Mówię i o tej platonicznej jak i o tej o której myślą wszyscy kiedy tylko usłyszą dwa standardowe słowa: "kocham cię".
Boję się zawsze, że pewnego dnia stracę tę drugą osobę i pozostanę ze wszystkim całkiem sama.
Albo boję się, że pewnego dnia właśnie te dwa, teoretycznie magiczne słowa staną się dla mnie całkiem puste, że staną się tak oklepane jak w każdej komedii romantycznej.
To nie to, że mam coś do komedii romantycznych. Uwielbiam oglądać takie filmy, bo się na maksa relaksuję, ale nie ma ujętej w tych filmach wagi tych słów.
I potem tak też traktują to przeciętni ludzie.
Uważają, ze po miesiącu znajomości mogą sobie już wyznawać miłość, że mogą pokazywać ludziom na prawo i lewo jak to oni się nie kochają.
I kolejny raz nie mówię o wszystkich. Nie staram się osądzać, ale jest naprawdę strasznie mało przypadków gdzie ludzie się bardzo kochają po krótkim czasie, i chcą udowodnić to innym. Wydaje mi się że miłość mnie jest dla obcych nam ludzi. Miłość jest to najintymniejsze uczucie jakie tylko istnieje, a my to tak uproszczamy.
Ale co ja tam wiem.
W końcu nigdy nie pocałowałam, żadnej osoby poza mamą, tatą i braćmi.
Nie ubolewam żeby nie było.
Ja jestem jedną z tych osób, które czekają na ten moment kiedy będzie padał deszcz. Które marzą o tańcu kiedy pada śnieg w rytm piosenki Chris'a Rea "Driving Home For Christmas".
Ale nigdy nie myślałam o sobie jako o jakiejś romantyczce. Ja po prostu chciałabym nadać chwilom odpowiedniej wagi w życiu.
Chciałabym poczuć taką.. magię w życiu. A wyznanie miłości po wypiciu litrów alkoholu w przypływie odwagi nie wchodzi w moją grę.
Ale wiem, że prawdopodobnie, żaden z moich pierwszych razów nie będzie ani piękny, ani magiczny.
Te czasy nie polegają na długiej grze wstępnej, one polegają na szybkim dostaniu się do celu.
I może istnieją osoby, które chcą żeby wszystko było warte siebie, podobnie jak ja, ale na pewno nie jest to większość.
No i nie chodzi mi o to że wszystko ma być tak warte jak seks po ślubie. Broń boże.
Ale w niektórych przypadkach miło jest czekać na ten wyjątkowy moment.
Po 2 nie całowałam się też nie tylko z tego powodu, że wiecznie czekam.
Przyczyniło się do tego też to, że nikt normalny nigdy mnie nie chciał.
Naprawdę *płacze ze śmiechu*
Ostatni koleś który chciał iść ze mną na kawę, nosi srebrne marynarki z takiego "śliskiego" materiału. No i czasami robił sobie przedziałek na środku i zagarniał swoje włosy za uszy. I lubił chodzić w kolorowych koszulach w kratę do spodni w inne wzorki. Plus miał dziwne poczucie humoru... Więc ostatecznie.. Skończyło się na niczym.
Może nie mi pisana jest miłość.
A może jest mi pisana taka miłość jak Madonny. Możliwe na przykład, że mój wybranek życia się jeszcze nie urodził.
Ale nie umiem zrozumieć związku starsza kobieta-młodszy facet.
Więc obstawiam, że coś takiego tez nie jest mi pisane.
Ale to głupie mówić o miłości w momencie kiedy ma się jedynie 17 lat (od dwoch dni).
To jest mój "zakazany owoc".
Chciałabym się zakochać, ale w osobie która by mnie kochała również.
Bo uczucie żywione tylko ze strony jednej osoby ssie.
Doświadczyłam tego na własnej skórze.
Ale nadal, chcę kochać całym sercem.
With love
Goddess

Ciemność jest szczodra, jest cierpliwa i zawsze zwycięża,
ale w samym sercu jej siły leży jej słabość:
wystarczy jedna, jedyna świeca, by ją pokonać.
Miłość jest czymś więcej niż świecą.
Miłość potrafi zapalić gwiazdy.


czwartek, 17 września 2015

17 wrzesień

Nie lubię kapusty z gołąbków.
Wiem. Dziwna jestem. Ale jak byłam mała najadłam się takiej i miałam problemy z brzuchem i żołądkiem. I do dzisiaj odpycha mnie kapusta z gołąbków. A  chwilę temu zrobiłam ogromny krok. Po tylu latach zdecydowałam się, i zjadłam tą głupią kapustę.
I nadal jest niesmaczna.
Z chęcią oddam ją innym.
Powinnam robić teraz zadanie z angielskiego, ale jak zwykle słucham muzyki zamiast skupiać się na nauce.
Dzisiaj mam dzień Seleny. Nie słucham jej. W sumie lubię ja jako osobę i uważam ze jest śliczna i utalentowana, ale nadal nie gustuje w jej muzyce.
Chociaż 'Same old love' to inna bajka. Ta piosenka dzisiaj to moje życie. Wydaje mi się, że ujeła ona w tej piosenkę swój styl, trochę Lorde, no i refren jest w typowym stylu Charli XCX, ale to połączenie wyszło jej na dobre.
No i ten tekst.
Świetny, naprawdę świetny.

A tak oprócz Seleny, mam ostatnio "fazę" na Adele i Banks.
Obie są niepowtarzalne i cudowne. I ta moc kobiecego uroku w ich piosenkach. Dodatkowo niesamowite jest to jak przekazują swoje uczucia w piosence. To jak bardzo oddają część swojej duszy nam, mnie inspiruje.
Nie to co płyta B.
Przyszedł idiota dzisiaj i wręczył nam płytę. Która musi teraz lecieć w domu. A MÓJ MÓZG UMIERA Z KAŻDĄ CHWILĄ CORAZ BARDZIEJ.
Nie dość, że kopia Guns'ów, to jeszcze nie udana. Bardzo nie udana. Zero uczuć. Zero siebie. Tylko jakieś marne kawałki, zespołu najcudowniejszej osóbki w rodzince.
W takich chwilach chce mi się płakać. Jest mi przykro, ze nie mam takiego talentu żeby, mnie też wspierano. Jest mi przykro, że wątpią w moje marzenia. Ale podobno.. To on ma talent. Więc nie ma czego obalać. Jest to teza nie do obalenia.
Jego rodzice wpatrują się w niego z umiłowaniem. On ma to co chce.
A ja przez całe moje życie żałuję, ze to ja się urodziłam.. A nie dzieci które poroniła moja mama. Może one byłyby szczęśliwe z życia. A ja narzekam choć i tak mam dobrze.
Kiedy ja chciałabym się zmienić. Chciałabym usunąć melancholię z mojego umysłu. Chciałabym zlikwidować cały smutek, żal i pesymizm, który we mnie siedzi. Chciałabym się wziąć za siebie, ale najprościej w świecie nie umiem.
Tak samo było dzisiaj.
 Nakrzyczałam na biedną O, a ona nie była niczemu winna. To we mnie się kumulowało. Nie umiem okazać smutku. Na zewnątrz żartuję z ludźmi, a wewnątrz duszę się emocjami które we mnie siedzą. Dławię się wspomnieniami, których nie potrafię zapomnieć. Nie umiem stwierdzić że było minęło.
Analizuję każdą sytuacją na nowo i na nowo, a wiem że nie ma to sensu. Nie zmienię przeszłości.
I w ten sposób powoli zmierzam do obojętności. Poddaję się przed ludźmi. Nawet nie umiem powiedzieć wprost co mnie irytuje, co mnie wkurza. Jak zwykle milczę.
Siedzę cicho a kipie we mnie zazdrość, złość i smutek.
To przykre jaką czasami potrafię być zazdrośnicą.
Zazdroszczę innym że lubią ich bardziej ode mnie. Nie umiem być nie lubiana. Zawodzę się na ludziach bo pragnę aby mnie doceniali, lubili, ale nigdy nie będę dla nikogo tą najważniejszą osobą, przez którą zmieniają swoje decyzje. To zawsze ja zmieniam siebie aby pozostać z ludźmi.
Ale w niektóre dni przychodzi obojętność.
Po prostu wisi mi to. Odcinam wszystko i wszystkich, nie dając im za dużo siebie. NIE mam ochoty wstać z łóżka, bo nie widzę sensu. A potem jest promyk. Ale promyk gaśnie. Bardzo szybko gaśnie, wręcz za szybko.
Brzmię teraz jak depresyjna osoba. Ale nie tak to wygląda. W złych chwilach uciekam do muzyki. Zawsze tak robię.
Kiedy czuję się niechciana, kiedy wydaje mi się że to ja jestem tą czarną owcą.
Ale świat nie kręci się wokół mnie i moich problemów.
Trzeba iść dalej. Nie licząc się z ludźmi.
Bo jesteśmy tacy sami jak gnijąca kupa psa na trawniku*.
Świat przeżyje bez nas.
A my musimy sobie poradzić z nim.

With love
Goddess

__________________________________
*poglądy schopenhauera, filozofa romantycznego

środa, 16 września 2015

16 wrzesień

Pozdrawiam serdecznie moją klasę, która prawdopodobnie teraz uczy się do sprawdzianu z oświecenia.
A co do oświecenia.. mam nadzieje, że na maturze dobrze mnie coś oświeci bo teoretycznie uczę się już od dwóch i pół godziny.. a w praktyce robię wszystko inne co idzie. Serio. Nawet zdążyłam brwi wyregulować..
Yep. To ja. I nie wiedzię się na maturze, ale nie wiem o co ja się martwię. Bibliotekarka to świetne rozwiązanie.
Po 1 nie potrzebujesz wykształcenia. Po 2 mam ciągły dostęp do książek. Czego więcej chcieć od życia?
Może kawy.
Ale jak nie biblioteka.. to pójdę na kurs baristy i się ułoży.
Ewentualnie.. idealnym pomysłem jest życie  na utrzymaniu rodziców. Nie dość że domowe obiadki, to kawa i herbata do woli. I internet za darmo.
No chyba ze coś mnie przejedzie w międzyczasie, to nawet nie będę musiała się martwić.
ŻARTUJĘ.
Wolałabym zginać inaczej. Chciałabym umrzeć tak, żeby moja śmierć mówiła o mnie. Częściowo. Umrzeć w momencie kiedy robię to co kocham, bądź oddając siebie innym. Ale śmierci nie możesz zaplanować (pomijając samobójstwo), i to jest piękne w umieraniu. Tak myślę. Smutne, ale i piękne. Tak jak śmierć z osobą którą kochasz.
Nie ma to jak doprowadzać do nastroju jak w romantyzmie.
A tu co? Oświecenie.
Damn' it.
To ja lecę do nauki.
Błagam.. ty tam u góry życz mi powodzenia!
With love
Goddess